Wybierz miasto
Naszym zdaniem Logowanie / Rejestracja
Znajdujesz się w ogólnopolskim wydaniu.

Entropia - pierwsza krew- część III

2006-04-02
Fot. Adam Skrzydlewski

Owo przedpołudnie błyskawicznie stało się popołudniem i równie prędko wieczorem. Długi czas wpatrywałem się w swoje malowidło, próbując dokonać rekonstrukcji poprzedniej nocy – wszystko bezskutecznie.

Jednego byłem pewien: nigdy nie spotkałem kobiety o śniadej cerze ( nie wynikało to z nieodpowiedniej kompilacji kolorów), która stanowiła część mojego nowego dzieła. Jednak mój (jak by nie patrzeć) spory talent nie pozwoliłby na odtworzenie tego aktu bez pozującej modelki. Obraz otoczony był erotyzującą aurą tajemniczości i posiadał coś niezwykle wyrazistego i porozumiewawczego jednocześnie. Do dziś nie jestem przekonany, że taki był zamysł autora. Wrodzona elokwencja pozwoliła mi odnaleźć pragmatyczne wyjście, które definitywnie zakończyłoby zamęt związany z tym zagadkowym płótnem. „Sprzedam to komuś, a pieniądze wydam racjonalnie na swoje potrzeby” – pomyślałem może nie nazbyt olśniewająco, ale jakże praktycznie. Nierozwiązaną zagadkę wciąż stanowiła uwieczniona przeze mnie niewiasta, ale perspektywa zdobycia środka płatniczego i skorzystania za jego pośrednictwem z kapitalistycznej wymiany rynkowej, a konkretnie pieniędzy na sok z białych porzeczek odwiodły mą osobę od dalszego molestowania pamięci.

Po połknięciu kilku kawałków uwędzonego ciała prosięcia (prawdopodobnie w kwiecie wieku) i zastanowieniu się nad potrzebą likwidacji dziury ozonowej byłem gotów do realizacji obmyślonego wcześniej planu. Umieściwszy pod pachą nowy obraz, zatytułowany enigmatycznie „L’appetit vient en mangeant” powiodłem dolne kończyny oraz całą resztę kości, mięśni, stawów, tkanek, chrząstek, płynów i neuronów do biura znanego miłośnika malarstwa, kustosza lokalnego muzeum, Szczepana Tofla. Pan Fotel cenił mój styl za oryginalność, niebanalną estetykę i filtrujące spojrzenie na ogólnoludzkie namiętności, które jego zdaniem genialnie trawestowały moje obrazy. Próbował niegdyś rzemiosła jednak skrzydeł nie pozwoliła mu rozwinąć oblubienica, która latami temperowała jego zamiłowanie do wyrażania w ten sposób uczuć. Przemożny wpływ małżonki zauważalny był z resztą również w innych dziedzinach, od pracy po zwyczaje kulinarne. Wymierne korzyści materialne, jakie płynęły z handlu płótnami pozwalały mu parać się tym zajęciem bez ingerencji połowicy, która mimo to równie namiętnie i rozrzutnie upłynniała zarobione pieniądze. Malarstwo stało się dla Szczepana enklawą niezależności, wyidealizowaną sferą pasji, duchowości i estetyzmu. Czasem żałowałem, że bezlitośnie wykorzystywałem jego słabość do sztuki, wciskając mu dno etykietowane pozorami i domysłami malarskiej maniery-
„przecież trochę dla jego dobra” – tłumaczyłem sobie. Owego dzionka już uśpiłem wyrzuty sumienia i transakcja mogła się odbyć podle moich podłych zwyczajów. Nie stało się tak.

Jan Kiel odgadł moje intencje błyskawicznie. Struktura naszej znajomości do skomplikowanych nie należała i zasadzała się na jednym fundamencie - wspólnym otępianiu skołatanej jaźni, przynoszącym pozory dostosowania do normalności. Za najprostszą drogę ogłuszania zasztyletowanych, ale obecnych gdzieś w głębi ambicji i resztek megalomanii uznawaliśmy wprowadzanie w krwioobieg substancji maskujących nieprzystosowanie, uśmierzających palące kaprysy i kojących ból po samounicestwieniu, które pół-świadomie realizowaliśmy. Szum w okolicach śródmózgowia słodko paraliżował pretensjonalny stres przed spotkaniem Róży i konfrontacją z jej nabitą pretensjami i złością osobą. Walec sprzeczności wlókł się w moją stronę, choć wyglądało to tak niewinnie i naiwnie bałem się zostać rozjechanym i zrównanym z codziennością. Wszak możesz uciekać!- grzmiało sentencjonalnie moje ego. Dość mistyfikacji inkwizytorze! – krzyczało to drugie wymodelowane przez pozytywistyczne lata szczenięce. Odżegnywać się czy potulnie przeżegnać? Ukojenie z niebios jakoś nie chce spływać. Gdzie anielskie trąby? Ogień piekielny? Przebijcie mój bok, a wypłynie gorycz i rozczarowanie, podajcie truciznę i Julię, złamcie kołem błędne koło…To tylko ja, jednakże ja. Czemu nie ma świateł, tunelu i kurtyny – byłoby tak dramatycznie. W sam raz na ostateczność.
- W sam raz na ostateczność – wycedziłem przez zęby do Kiela, który wyglądał jakby nie całkiem zauważał wzniosłość tej chwili.
- Ostateczność jest abstrakcją pielęgnowaną przez nasz lęk przede śmiercią – zauważył dość sensownie – To jedyna racjonalizacja mrówczego pędu ku materii, chęci posiadania i żądzy władzy – dodał nie tracąc zewnętrznych przejawów dobrego humoru.
- Moje obrazu są bez wyrazu – zmieniłem temat robiąc sobie wyrzut.
- Wcale nie – próbował kłamstwa Jan Kiel – Ten ostatni przedstawiający czyściec był obiecujący.
- Był żałosny – skonstatowałem samokrytycznie – Spójrz na najnowsze dzieło mistrza powierzchowności – dorzuciłem ascetycznie pokazując rozmówcy „L’appetit vient en mangeant” – Chcę go wcisnąć Szczepanowi Toflowi.
- Niemożliwe! Niesamowite! – wrzasnął przeraźliwie Kiel – Skąd znasz kobietę, która jest na tym obrazie? – pisnął natarczywie chwytając za poły mojego modnego skórzanego płaszcza.
- Nie znam jej i nie wiem kim jest. Nie mam pojęcia jak znalazła się na tym płótnie, to zagadkowe, nieprawdaż? – moje chaotyczne tłumaczenie nie bardzo interesowało Juana.
- Kobieta na obrazie to Liz Materia – z trudem wydobył z krtani rozwiązanie zagadki – Musi być w Entropii. Musisz pomóc mi ją znaleźć – dodał błagalnie
- Zrobię co w mojej mocy przyjacielu – odparłem wspaniałomyślne – A teraz napijmy się bo emocje są zbyt wielkie.
- Musisz sprzedać mi ten obraz – brnął w amoku Kiel – Zapłacę każdą cenę!
- Cena nie jest najważniejsza. Obiecałem odsprzedać go Toflowi za 30 srebrników – skłamałem.
- Zapłacę więcej! – błyskawicznie odpowiedział, skłonny tego dnia do krzyku i głupstw Jan Kiel
- Jesteś moim przyjacielem, wiec odsprzedam ci go za 30 srebrników – odrzekłem mentorskim tonem dając upust swemu egoizmowi.
- Dzięki. Jesteś prawdziwym przyjacielem Biały Kruku! – wypalił nieco ściszonym głosem, po raz wtóry chwytając poły mego modnego płaszcza.
- Drobiazg. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć – zełgałem nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni.

Wymieniając wzajemne uprzejmości (wedle zwyczaju ludzi kulturalnych i wrażliwych) udaliśmy się do sanktuarium samo destrukcji – Sinej Dali. Kieszeń mego modnego płaszcza wypełniona po brzegi trzydziestoma srebrnikami brzęczała przyjemnie łechtając narządy słuchu. Czułem, że zbliża się zmysłowy wieczór – kolejna trampolina od zszarzałej, nabitej rutyną i stagnacją codzienności. Absolutna i permanentna swoboda czająca się w nabitych przepychem butelkach, zmieniających swoją pospolitością w nieprzeciętność praktykujących takie formy uniesienia. Widma samo destrukcji kroczyły zsynchronizowanym marszem wymuszonym przez protektora mózgu – nałóg. Jakiekolwiek przejawy sprzeciwu, dawny wigor, energia i młodzieńczy zapał odeszły bezpowrotnie wraz z nadzieją. Nie wracaliśmy do tego pamięcią. Było to zbyt bolesne nawet dla takich męczenników jak my. Nie groziła mi śmierć przez ukrzyżowanie, a raczej na skrzyżowaniu po potrąceniu przez walec sprzeczności, który wlókł się w moim kierunku.

Zajęliśmy swoje stanowiska niejako przypisane nam przez społeczność Sinej Dali. Obok tych wszystkich rozmytych osobowości, esencji intelektualnej socjety de facto. Realnie dramatyczną wiadomość przekazał mi najbardziej ponury ze znanych mi płatnych morderców -  Zły  Zbych:
- Róża chciała, żebym cię zabił, ale tego nie zrobiłem – wyartykułował całkiem naturalnie – Nie zrobiłem tego przez wzgląd na naszą znajomość – wyjaśnił jowialnie.
- Piękne dzięki przyjacielu – odparłem – Wiedziałem, że… – nie skończyłem ponieważ Zły Zbych zniknął niepostrzeżenie jak to miał w zwyczaju.
- Co o tym sądzisz? – zapytałem Jan Kiela, który przybierając detektywistyczną pozę odrzekł:
- Gdyby cię zabił, dowiedziałbyś się o tym jako pierwszy – wyjaśnił…
Czas płynął przyjemnie, do momentu gdy do sinej dali swoje ciało i duszę (zgodnie z dualistyczną koncepcją, którą preferowała) wprowadziła Róża Bez – Kolcov, od niedawna.

Kierując się w moją stronę, uśmiechała się cynicznie witając spojrzeniem znajome jej fizjonomie. Strach sparaliżował struny głosowe i członki, więc zastygłem jak głaz. Róża pokonywała kolejne metry spokojnym krokiem ze spokojem w oczach i naczyniem w dłoni. Zbliżając się na odległość zadania ciosu podała mi czarę z nieznajomą cieczą i nakazała natarczywie, ale i kusząco:
- Wypij…
Zanurzyłem posłusznie wargi w płynie i myślałem o swoim pogrzebie, napisie na nagrobku i kolorze pomnika. Śmierć przez otrucie jest dosyć romantyczna. Tak jak Ewa podając Adamowi jabłko rujnując w dalszej perspektywie jego życie, Róża podała mi wilczy bilet z Entropii. Piękna sytuacja, historia na poemat albo chociaż wiersz.
- Niech Ci wyjdzie na zdrowie – wymusiła z siebie pretensjonalnie Róża odchodząc miarowym krokiem.
Przechyliłem czarę do końca wlewając w siebie wybornie przygotowany sok z białych porzeczek.
- W porządku? – spytał nie tyle troskliwie, co ciekawsko Jan Kiel
- Tak – skłamałem. Nie było w porządku. Uśmiech zniknął z twarzy Kiela, wpatrującego się w obraz. Ja też się w niego wpatrywałem jeszcze bardzo długo.

Siedzieliśmy.

Przemysław Topornicki
(mysli@dlastudenta.pl)
 

Dodaj do:
  • Wykop
  • Flaker
  • Elefanta
  • Gwar
  • Delicious
  • Facebook
  • StumbleUpon
  • Technorati
  • Google
  • Yahoo
Komentarzedodaj komentarz

Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.

  • obiecujący koktajl romantyzmu i medycyny [0]eklektyczny, zaskakujący kolaż słów wzniosłych i dramatycznie przyziemnych, intrygująco lekkie pióro... mam pewne podejrzenia, że autor podczas tworzenia tej niesamowitej kompozycji popijał bezczelnie...

    2006-08-01, 12:41:35
    omc-poetka
Zobacz wszystkie wypowiedzi
FB dlaMaturzysty.pl reklama