Kiedy wróciłem do domu około 19.30,
uruchomiłem komputer i zacząłem przeglądać zdjęcia i relacje z
tego wydarzenia. Okazało się nagle, że chyba nie brałem udziału
w tym marszu, co trzeba.
Czy raczej brałem w tym, co trzeba,
ale ten opisywany jest jakiś kompletnie inny. Okazuje się, że w
całości składał się z agresywnych kiboli w kominiarkach
rzucających petardami, demolujących przystanki i palących
samochody TVNu. Z relacji dowiedziałem się, ze rzucałem kostkami
brukowymi w policjantów i wdawałem się w bójki ze stróżami
porządku. Przeciwko mnie i moim kompanom w chuligaństwie stanęli
uczestnicy "Kolorowej Niepodległej" którzy plackiem
położywszy się na jezdni bohatersko powstrzymali pochód
neofaszystów, znaczy się mnie i całej reszty, za co zostali
zaatakowani przeze mnie i całą resztę.
Hm. Nie wiem, jakoś
inaczej to zapamiętałem.
Marsz wyruszał z Placu
Konstytucji i miał iść w kierunku Centrum. Ale to wiem teraz.
Wtedy byłem kompletnie niezorientowany i zupełnie beztrosko
poszedłem po prostu marsz zobaczyć. Bo niby dlaczego nie?
Wiedziałem gdzie i o której, a poza tym nic. Gdybym przed wyjściem
sprawdził wiadomości, może bym się zawahał i nie poszedł,
zaczęły już bowiem spływać niepokojące informacje o bojówkach
niemieckiej antify, która szukając rozróby, zaczęła bić
przypadkowych przechodniów - wystarczyło mieć barwy narodowe na
ubraniu albo nie daj Boże flagę. Albo być policjantem. Co ciekawe,
miłujący pokój i tolerancję demonstranci schronili się w
kawiarni "Krytyki Politycznej".
Nie powiem, żebym
się przemocy jednak nie spodziewał. Obawiałem się jej, w mediach
od kilku tygodni już nakręcano to jedną, to drugą stronę,
wyzywając Polaków od lewaków lub faszystów, organizując marsz i
kontrmarsz. Warszawa, oplakatowana przez jedna i druga stronę z
niepokojem czekała na ten dzień. Zamiast świętować, szykowaliśmy
się do demonstracji. Wszystkie plakaty zdzierały sobie nawzajem
wojujące stronnictwa.
Ale mimo to poszedłem, by na własne
oczy to zobaczyć. I gdy dotarłem w okolice Metro-Politechnika
okazało się, że kilkanaście tysięcy ludzi również. Gdy
rozglądałem się po tym tłumie, widziałem zwykłych Polaków.
Rodziny z dziećmi, osoby starsze, studentów i studentki z
uśmiechami dowcipkujących. Mnóstwo flag, powpinanych wstążek,
kilka opasek biało-czerwonych z kotwicą. Zanim jednak doszedłem na
miejsce, już wiedziałem, ze coś jest nie tak. Minął mnie pluton
policji z tarczami, z oddali dało się słyszeć huk małych
eksplozji. Jak się okazało, to eksplodujące petardy. Dotarłem na
Plac Konstytucji, by zobaczyć, jak policja strzela z armatek wodnych
w tłum w kominiarkach. Uczestnicy marszu stali, przyglądali się
zdezorientowani. Morze biało-czerwonych flag falowało lekko, gdy
obracali się to w kierunku organizatorów imprezy na platformie, to
w kierunku toczącej się z tyłu regularnej bitwy. Mimo to nie czuć
było żadnej paniki ani zagrożenia - po prostu kompletną
dezorientację i dezaprobatę.
- Co się dzieje? - ktoś obok zapytał.
- Cholera wie, jakaś hołota... - padła odpowiedź.
Kto zaczął? Nikt nie wiedział. Nie
dało się dosłyszeć, co policja mówi przez megafon. W pewnym
momencie jeden z zadymiarzy wspiął się na lampę i został z niej
"zdjęty" armatką wodną. Przemoczony, zsunął się w
dół, do swoich.
Jakby ignorując to, co się działo na
tyłach, powoli marsz ruszył. Zdawało się, że z megafonu policji
padło coś o nielegalności, coś o rozejściu się. O nie! Co to to
nie! - pomyślałem sobie. I jak się okazało, kilkanaście tysięcy
innych ludzi też. Bo tyle nas na oko było, wokół siebie cały
czas można było mieć nie mniej jak z dwa tysiące, jeśli szło
się w środku. Po wejściu na murek barierki z łatwością można
było zobaczyć morze flag i potok ludzi. Kilkanaście tysięcy jak
nic, nie zdziwiłbym się, gdyby było więcej.
Z megafonów
organizatorów, umieszczonych na samochodzie, popłynęły zaraz
zapewnienia, że wszystko jest w porządku, prośby o spokój - marsz
nie został odwołany. Początkowo spontaniczny ruch zamienił się w
wartką biało-czerwoną rzekę. Kilkuletni chłopczyk, patrząc w
kierunku polewanych wodą zadymiarzy, skrzywiony zwrócił się do
swojej mamy trzymającej go za rękę:
- Czemu oni tak? To
brzydko!
- No brzydko synku, brzydko.
Im dalej od huku
petard, tym było lżej. Nieskładnie próbowano to tu, to tam
zanucić kilka pieśni patriotycznych, w końcu zatrzymaliśmy się
na obowiązkowego Mazurka Dąbrowskiego. Czapki zdjęto z głów. Po
odśpiewaniu z tłumu wyłapałem jakieś angielskie zdania.
Przysłuchując się, zacząłem iść za trojgiem młodych ludzi -
raczej już po studiach niż w ich trakcie, przed trzydziestką.
Jeden mówił płynną angielszczyzną, opisywał kolejne rzeczy -
kotwiczki na flagach, hasła, ludzi z historii Polski. Dziewczyna
słuchała, jej chłopak przytakiwał. Miedzy sobą rozmawiali po
francusku. Szybko się okazało, że on jest Polakiem, a ona to
Francuzka. Mówiąc po angielsku w pewnym momencie przerwał, by
razem z reszta wyskandować "Bóg, honor, Ojczyzna". Potem
przetłumaczył, co to oznacza. Dziewczyna zapytała:
- To ty
jesteś wierzący?
- Nie, jestem ateistą, ale to hasło
patriotyczne, narodowe.
Było kilka rześkich grup z krzyżem,
przeważnie osób w średnim wieku i starszych. Przechodzący obok
nich młodzi ludzie zaskandowali "Lepiej być moherem niż Tuska
frajerem!". Zaśmiałem , gdy okazało się, ze ktoś niósł
transparent z "Polish Nyan Cat" w barwach narodowych i
skrzydłami husarii.. Gdzieś na przedzie szla grupka Młodzieży
Wszechpolskiej, ukosem mignęła mi flaga ONR-u, a wiec organizacji,
z którymi się nie zgadzam. Nie było jednak wśród nich żadnych
"łysych", kiboli czy jak to nazwać. Nie wznosili żadnych
haseł oprócz tych z resztą uczestników. A hasła były te
same. "Bóg, Honor, Ojczyzna", "Cześć i chwała
bohaterom" "Dumna Polska" czy "duma narodowa". Hasła hukliwe, ale przynajmniej wspólne i historyczne. Próba
skandowania przez kilku UPR-owców "wolność, własność,
niepodległość" nie powiodła się. Gdy w oknach pokazali się
ludzie robiący marszowi zdjęcia, zachęcano ich "Warszawiacy -
chodźcie z nami, Polakami!". W końcu któryś z wychylających
się z okien ludzi, sprawdzając czy da się wcisnąć tłumowi
dowolne hasła, ryknął "stop eksmisjom!". Odpowiedział
mu śmiech i zgodne kiwanie głową "A co tam! tez może być!".
I grupka w mojej okolicy przez minutę skandowała przeciwko
eksmisjom.
Takich historii można powtórzyć mnóstwo. Gdy
jednak przychodziło do śpiewania patriotycznych i po prostu
polskich piosenek było różnie albo kiepsko. Nie znano wersów.
Mylono tekst. Znano tylko jedną zwrotkę. Tylko nieśmiertelna
"Rota" odśpiewana na tyłach ambasady rosyjskiej była
wykonana zgodnie i bez zająknięcia się. Znacznie łatwiej było
nakłonić ludzi do pokrzykiwania "Precz z komuną!" oraz
"Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!". Wtedy
zgodnie skandowali wszyscy. Mniej zgodnie wypadało już
protestowanie przeciwko rządzącej Platformie: "Naród buduje,
a Platforma rujnuje!" i tym podobne z nieśmiertelnym "Donald
matole, twój rząd obalą kibole". Wygląda na to, że
przynajmniej połowa uczestników miała inne zdanie. Jeden raz
słyszałem niemrawo mruczącego pod nosem faceta z wąsem
"Jaro-slaw...Polskę zbaw...". Bez odzewu.
Marsz
szedł bez żadnych problemów. Żartowano, opowiadano różne
historie, ludzie często spotykali się w nim towarzysko. Atmosfera
więc była dobra, kompletnie zapomniano o starciu na początku. Ale
na bokach maszerujących jednak co paręnaście minut widać było
grupki zakapturzonych ludzi. Rzucali petardy.
- I po co to tak
rzucać? - westchnęła zirytowana kobieta, przecinając mi drogę.
Odpowiedziałem bezradnym wzruszeniem ramion. Zastanawiam się, gdzie
jest policja? Rozglądam się, ale zauważyłem tylko jeden wóz na
skrzyżowaniu blokujący ulice. Wygląda na pusty. Poza tym nic. Nie
wiedziałem wtedy, że trasa marszu została drastycznie zmieniona.
Rodziny z dziećmi zaczęły się wykruszać. Po prawej
mignęła mi jakaś kobieta na elektrycznym wózku inwalidzkim,
biało-czerwoną chorągiewkę trzymała w ręce. Starając się
zobaczyć jak najszerszy przekrój uczestników zmieniałem strony,
zygzakowałem. Wsłuchiwałem się w rożne rozmowy.
- Gronkiewicz
nas zdelegalizowała, a potem zalegalizowała.
- To kpiny!
- To
niech nas wszystkich aresztują! - rzuca ktoś. Mijam wielki
transparent. Nie zdołałem przeczytać, co na nim było. Po lewej
przekreślony sierp i młot. Po prawej przekreślona swastyka...
Mijam grupę ludzi w szalikach z feniksem Nowej Prawicy,
mieszam się z tłumem kibiców. A może kiboli? Łysi, w czarnych
kurtkach... Potykam się o resztki petardy. Może to był głupi
pomysł... słyszę urywek jakiejś rozmowy.
- No i niech pan
mi powie no? Co oni z tym krajem zrobili?
- A bo wie pan...
-
Jestem ciekawa, co to o nas powiedzą w TVNie! - pyta jakaś
chichocząca uśmiechnięta kobieta, na oko lat czterdzieści. Jej
koleżanka wyjmuje telefon płaskoekranowy, przesuwa palcem łącząc
się z internetem.
- Mówią, że faszyści nie przeszli.
Wybucha śmiechem po "faszystach". Inna rozmawia z kimś przez swój aparat.
- W telewizji nas pokazują tylko z odległości...- relacjonuje to, co ktoś mówi jej do ucha.
- Słuchajcie! Nic nie mówią, jakie są hasła, kto tu idzie, tylko z helikoptera albo z boku. Bo nic nie słychać w tej telewizji.
- W TVNie?
- Też.
Wracam
z powrotem do kibiców. Pod kancelarią prezydenta grupa ta zaczyna
skandować "Rusek, rusek, Komorusek!" zaś pod kancelarią
premiera, otoczona kordonem policji, "Donald, matole...!".
Co chwilę pada hasło "kto nie skacze, ten z policji!" lub
"kto nie skacze, ten popiera Platformę!". W końcu jednak
uciera się inne: "Kto nie skacze, ten lewakiem". Szybko
cała ulica skacze, za wyjątkiem osób starszych. Słychać same
śmiechy, skaczą nie tylko kibole. No cóż, na pewno lewicowcom nie
jest na tej manifestacji łatwo...
Idę tuż obok wielkiej,
trzymanej przez kilkunastu ludzi flagi. Mijamy pomnik Piłsudskiego,
krótki przystanek. Mieszam się w tłumie. Tym razem idę niedaleko
transparentu Republikanów. Stajemy ostatecznie dopiero pod Dmowskim
- organizatorzy cenią go bardziej niż Marszałka. Gra orkiestra
niedaleko mnie. Odśpiewany zostaje hymn narodowy. Potem skandowanie
"Przeszliśmy! Przeszliśmy!" oraz "Nie czerwona, nie
tęczowa tylko Polska - narodowa!". Z boku odpalone zostają
race, robi się jasno, kibice machają flagami. Z wozu organizatorów
przepraszają za zamieszanie i za to, że otwarcie marszu nie mogło
rozpocząć się przemowami, tak jak planowano. Ale mają być teraz.
Gdy padają podziękowania nagle wybucha harmider. Głos z
policyjnego megafonu zaczyna grzmieć:
- Proszę zachować spokój! Proszę dopuścić wóz policji!
Organizatorzy dołączają
się do tego apelu. Zdezorientowany rozglądam się. Co znowu?
Nie-warszawiacy mogą mieć problem, ale postaram się to
opisać. Otóż pomnik Dmowskiego stoi niedaleko Agrykoli, a wiec
Aleje Ujazdowskie, którymi szedł na końcu marsz, otwierają się
na przestrzeń parkową, prowadzącą do kompleksu Łazienek
Królewskich. Agrykola przecina ten park i można przez niego w
prostej linii przejść do dalszych dzielnic Warszawy. Stamtąd już
od kilku chwil napływały grupki ludzi z szalikami zasłaniającymi
twarze. Nie byli agresywni, więc nie zwracano na nich uwagi.
Najwyraźniej teraz zaczęli być. Rozejrzałem się. Ku swemu
zdziwieniu zobaczyłem, że parę metrów ode mnie płonie jakiś
samochód. Wycofałem się o parę kroków. Widziałem w tłumie
jeszcze paru rodziców z dziećmi, ci którzy stali bliżej i mogli
dojrzeć co się dzieje, pospiesznie zawracali z zaciśniętymi
ustami. Tego było dla nich już za wiele. Ja akurat stałem blisko,
widziałem co się dzieje, mogłem wysnuć wnioski. Ale gdy wspiąłem
się na palce i wyciągnąłem szyję, zobaczyłem, że pęczniejący,
wielotysięczny tłum jest zdezorientowany. Ci po drugiej stronie
placu nie rozumieli, co się dzieje i czy w ogóle coś się dzieje.
Organizatorzy proszą o spokój i pozostanie na miejscach. Intonują
jeszcze raz „Rotę”- ostatnio dobrze wyszła. Ludzie skupiają
się na śpiewie, stoją spokojnie. Potem policja znowu z megafonów
obwieszcza, że jesteśmy nielegalni, a osoby z immunitetem nie mogą
oczekiwać, że zapewnią im ochronę...
Wbrew pozorom jednak
nie wybucha panika, ale śmiech. Otaczają mnie różni ludzie, ale
przeważnie młodzi. Nie kibole, ale typ zwyczajnego studenta.
Wymachują flagami. Rzucają hasło "kto nie skacze, ten z
policji!". Na chwilę spory kawałek Ujazdowskich skacze.
Wycofuje się lekko bokiem, gdy z megafonów organizatorów dochodzą
kolejne podziękowania, mieszające się z wezwaniami policji do
rozejścia się. Płonący samochód zostaje ugaszony armatką wodną.
Tłum odkrzykuje: "Prowokacja! Prowokacja!". Oddział
policji już drugi raz tego dnia przechodzi mi pod nosem, stukając
tarczami. Nagle poruszenie. Jakby masowa ucieczka. Przez chwile
panikuję, nie myślę, wycofuję się potykając o płotek. W porę
złapałem równowagę. Nie, to nie jakieś natarcie...to uciekająca
grupka zamaskowanych dała dyla przez Agrykolę. Kompletna
dezorientacja. To oni podpalili?
Robię kolejnych parę
kroków wstecz, na wylocie Agrykoli. Policja wrzeszczy przez megafon.
Wszyscy stoją, ignorując ją. Nikt nie wie, co się dzieje.
Samochód już nie płonie. Z różnych kierunków dochodzą hasła,
pieśni patriotyczne. Orkiestra która umilkła, wraca do życia.
Ludzie są uparci, by jednak świętować, ale wygląda to jak
czepianie się brzytwy. Wszystko niezborne, spontaniczne i
chaotyczne. Ludzie nie mają zamiaru się rozejść. Odwracam się,
słysząc czyjś głos. Ze zdziwieniem orientuję się, że spotkałem
jednego z wykładowców mojej uczelni. Ekonomista liberalny, wykłada
po angielsku. Kłaniam mu się, ten równie zdziwiony odkłania mi
się również. Najwyraźniej to dziwne, że dwóch normalnych
Polaków może w Dzień Niepodległości spotkać się na Marszu
Niepodleglości. Co za świat... Przez komórkę ten informuje kogoś,
że "znowu jakieś zamieszanie, a gdzie wy jesteście?". Ma
przypięty kotylion. Marsz w końcu zostaje zakończony, czy
jak chcą niektórzy - rozwiązany. Policja zatrudnia lepszy megafon
i grzmi o tym na lewo i prawo. "To zgromadzenie jest
nielegalne!". A więc jestem nielegalny. Ludzie rozchodzą się,
ale większość zostaje, gwiżdże, śmieje się. Praktycznie już
nie ma w tłumie dzieci, osoby starsze również zawracają. I ja
postanawiam wrócić do domu. Odwracam się: w tłumie jest może
pięć procent kogoś, kogo można nazwać "kibolami".
Nie mam dobrego humoru. Kompletna porażka i wstyd. Nie tak
powinno wyglądać święto narodowe. Bandyckie wybryki, chaos,
policja gdzieś znika, by potem znowu się pojawić, za każdym razem
delegalizując uczestników i grożąc użyciem siły. I ta burda na
początku. Zasępiam się. Mijam zwartą grupę, nagle z myśli
wyrywa mnie muzyka. Znowu ta orkiestra. Rozglądam się.
Normalnie
jest. Kilka starszych osób z chorągiewkami mija mnie, skręcając w
boczną ulice o lasce. Dookoła sporo młodych z flagami. W zwartej
grupie również rożni ludzie. Spokojnie idą w takt muzyki. Patrze
na twarze - przekrój wieku od dwudziestu kilku do pięćdziesięciulat.
Transparent obwieszcza: "Klub Gazety Polskiej". Dochodzą
do pomnika Piłsudskiego, zatrzymują się. Zaczynają śpiewać
hymn. Zatrzymuje się i ja, ściągam czapkę, dołączam się to
tych dwustu, może stu ludzi. Za nami, z tyłu o długość
przystanku megafon pohukuje o nielegalności czegoś tam. Ale to jak
przez szybę, jakby inny świat. Humor poprawia mi się. Ktoś
zaczyna przemawiać o wartości niepodległości czy coś, orkiestra
szykuje się do następnego numeru. Uśmiecham się, chociaż tyle.
Wracam do domu nieco raźniejszy. Nieco. Siadam do komputera
i humor znowu mi się psuje. A jednak byłem nielegalnym faszystą.
Czego to się człek nie dowie.
Warszawiak z Mokotowa


















